O tym, że źle dzieje w Widzewie Łódź wiadomo od dawna, ale to co zadziało się przed meczem ze Śląskiem mocno uwydatniło skalę problemów. Łodzianie nie dali rady zebrać nawet pełnego składu meczowego i do Wrocławia pojechali o jednego gracza mniej, niż można zgłosić. Mimo to pierwsze minuty były dość obiecujące. Hubert Sobol mocno pressował, starał się – momentami nawet za bardzo. Ale to były dobre złego początki. Śląsk rozwinął akcję lewym skrzydłem, skąd piłka powędrowała w pole karne, a tam zupełnie niepilnowany Piotr Samiec-Talar z łatwością wbił ją do siatki. Dalszy przebieg tego spotkania można opisać jednym stwierdzeniem – mistrzostwa świata w udawaniu gry w piłkę. Masa niewymuszonych błędów po obu stronach. Nawet kiedy pojawiałą się niemal stuprocentowa sytuacja, jak w przypadku Jakuba Sypka, to rezultat wzbudzał jedynie delikatny uśmiech. Arbiter Karol Arys ku uciesze widzów doliczył do pierwszej części gry zaledwie minutę.
Dramatu ciąg dalszy
Wydaje się, że po takiej połowie w szatni Widzewa Łódź powinno rozpętać się piekło. Tego chyba nie było, bo łodzianie na drugą połowę wyszli ze spuszczonymi głowami. Śląsk Wrocław nie musiał wiele robić, żeby nie pozwolić rywalom wyjść z własnej połowy. Ba, nie musieli nawet strzelać na bramkę, żeby zdobyć gola. W tym wyręczył ich Luis da Silva, który wpakował piłkę do własnej siatki. Mało? Kilka minut po bramce Paweł Kwiatkowski zarobił drugą żółtą kartkę i wyleciał z boiska. Śląsk wykorzystał tę sytuację i w 78’ minucie Mateusz Żukowski dokończył dzieła zniszczenia i wbił bramkę na 3:0. Warto dodać, że to był najniższy wymiar kary. Z tak fatalną grą Widzew właśnie uwikłał się w walkę o utrzymanie.
Śląsk Wrocław - Widzew Łódź 3:0 (1:0)
Gikiewicz – Kozlovsky, da Silva, Żyro, Kwiatkowski – Kerk, Shehu, Hanousek (62’ Gryzio) – Łukowski (62’ Stachowicz), Sypek – Sobol
4’ Samiec Talar
59’ da Silva (O.G)
63’ Kwiatkowski (CZ)
79’ Żukowski