Marian Lichtman porywa tłumy od pokoleń. Czym się teraz zajmuje? Co ma w planach? [WYWIAD]

Jest jednym z założycieli Trubadurów. Występuje solowo, a także z innymi artystami. Choć Marian Lichtman ma 75 lat, cały czas aktywnie działa w branży muzycznej. Chce tworzyć jak najdłużej.

Marian Lichtman porywa tłumy od pokoleń. Czym się teraz zajmuje? - fot. arch. Mariana Lichtmana
Marian Lichtman porywa tłumy od pokoleń. Czym się teraz zajmuje? , fot. arch. Mariana Lichtmana
6 фотоs
fot. arch. Mariana Lichtmana
fot. arch. Mariana Lichtmana
fot. arch. Mariana Lichtmana
fot. arch. Mariana Lichtmana
fot. arch. Mariana Lichtmana
ДИВІТЬСЯ
ФОТО (6)

Konrad Wojtczak: Jest Pan łodzianinem od urodzenia?

Marian Lichtman: Łódź to moje ukochane miasto. Mimo że dzielę życie między Łódź, Warszawę i Kopenhagę, to właśnie Łódź jest dla mnie priorytetem. Tutaj się urodziłem, mam rodzinę i ukochanych przyjaciół. Z Łodzi pochodzi wszystko, co najlepsze.

Dlaczego uznaje Pan trzy kraje za swoje ojczyzny? 

Polska jest ojczyzną, w której się urodziłem. Dania przyjęła mnie w tych trudnych czasach, gdy komuniści dali nam bilet w jedną stronę. A Izrael to ojczyzna duchowa, bo jestem pochodzenia żydowskiego. 

Zwiedził Pan cały świat?

Na pewno jego wielką część. Z żoną i rodziną chętnie wyjeżdżamy na wielkie wyprawy, np. do Azji. Zwiedziliśmy Filipiny, Japonię, Hongkong. Byłem też na tournée w Australii. Prywatnie podróżujemy do tych państw, do których nie mogę dojechać artystycznie. Teraz pojedziemy do Tanzanii zobaczyć Kilimandżaro. Pandemia trochę nam te wycieczki przerwała, ale zamierzamy to nadrobić. 

Myślał Pan o emigracji w takie dalekie zakątki?

Azja i poszczególne kraje bardzo mnie inspirują, ale jestem łodzianinem i Europejczykiem. Kocham tutejszy klimat i samą Europę. Trudno by mi było ją zostawić. Mógłbym wyjechać do Ameryki i Izraela, tylko że los dał mi dwa piękne kraje – Polskę i Danię. Nie mam apetytu na emigrację, ale bardzo lubię podróżować. 

A ulubione łódzkie miejsca? 

Piotrkowską 77. Właśnie tam często siedzę sobie z moją żoną, Bożeną. To kultowe miejsce, w którym zaczynali kiedyś Trubadurzy i odbywały się różne koncerty. Do tej pory nam się tam podoba. Poza tym trudno sobie wyobrazić Łódź bez Piotrkowskiej. 

Dlaczego zajmuje się Pan muzyką? 

To moje hobby. Tata chciał, żebym został lekarzem, inżynierem albo wojskowym, ale to nie wyszło. Pokochałem muzykę. Zacząłem się kształcić i równocześnie dużo grałem w różnych częściach Łodzi. Niestety, zostałem usunięty ze szkoły muzycznej. W czasach komuny wyrzucano za publiczne występy, bo uznawano je za chałturzenie. 

Warto byłoby skończyć tę szkołę, ale dzięki praktyce, doświadczeniu i talentowi doszedłem bardzo daleko. Publiczność uznała Trubadurów za wybitny zespół, dzięki czemu zdobyliśmy sympatię ludzi w Polsce, Związku Radzieckim, Niemczech, Kanadzie i Ameryce.

Nie ogranicza się Pan do jednego gatunku muzycznego. 

Mam prawo współpracować ze zdolnymi ludźmi tworzącymi w każdym stylu muzycznym. Na samym początku, w Trubadurach, miałem do czynienia z popem. Później w Danii występowałem w progresywnej grupie Masala Dosa. Dotknąłem też jazzu i jeszcze innych gatunków, występowałem z hiphopowcami. Obserwuję świat i przychodzą mi do głowy różne pomysły. Lubię taką różnorodność.   

Tworzy Pan także scat.

Można by powiedzieć, że mam go we krwi. Kocham jazz i już za młodu śpiewałem jazzowe kawałki. Kilka lat temu dostałem zaproszenie od Czwórki Polskiego Radia, miałem okazję zagrać koncert i przedstawić swój scat. To był sukces. Stworzyłem też utwór „VIXA”, w którym są scatowe przyśpiewki. W moich występach zawsze musi być akcencik improwizacji, bo bez tego nie mogę żyć.  

Zauważył Pan w ostatnich latach wzrost swojej popularności wśród młodzieży?

Ależ oczywiście. Właśnie m.in. dzięki występowi w Czwórce, Hot16Challenge2 i utworze „Testosteronowy Don”, który wykonałem wspólnie z SB Maffija. Ci hiphopowcy sami się do mnie odezwali. Tak szczerze mówiąc, nawet nie wierzyłem, że jestem w stanie im pomóc. I to jest piękne, że młodzi ludzie znaleźli we mnie partnera do robienia projektów. Ale jak widać, starość mi nie grozi.  

Jakie są kolejne projekty?

Chciałbym, żeby Krzysio Krawczyk junior zaśpiewał coś z repertuaru taty, ale chcę to zrobić z didżejem, aby wykonanie nabrało świeżego i nowoczesnego charakteru.

Trubadurów założono w 1963 r., czyli już niedługo będziecie obchodzić swoje 60-lecie.

Nie, oficjalnie 55-lecie.

Jak to?

Zespół ma 55 lat, nie można brać pod uwagę czasów amatorskich. Jeżeli byśmy zaczęli liczyć, od kiedy ja zacząłem grać, to zaraz by się okazało, że obchodzę swoje muzyczne 70-lecie. (śmiech) Lata zespołu liczę od tego czasu, gdy zaczął on zarabiać i poważnie poruszać się w branży muzycznej. 

Czy z okazji waszych urodzin odbędzie się jakaś specjalna impreza? 

Tak, plany zakładają, że w przyszłym roku. Będzie ją transmitować TVP1. Nie chcę obiecywać konkretnej daty, bo może się ona przesunąć. Jubileusz chcielibyśmy zrobić w Teatrze Wielkim, ale jeszcze nie wiadomo, jak dokładnie będzie on wyglądał. 

Czym teraz zajmą się Trubadurzy?

Myślimy trochę o innym graniu, o piosenkach patriotycznych. Chcielibyśmy zaśpiewać „Czerwone maki na Monte Cassino". Zrobilibyśmy to inaczej – popowo i na głosy. Aby było patriotycznie, ale też, żeby miało to charakter Trubadurów.  

Jak na przestrzeni dekad zmieniał się odbiór Trubadurów przez ludzi?

Gdy zaczęliśmy występować, sukces rósł z dnia na dzień. Byliśmy młodzi, zdobywaliśmy trofea, wygrywaliśmy różne festiwale i jeździliśmy za granicę. Z biegiem czasu zaczęły wychodzić nowe fale muzyki i pojawiali się nowi artyści. Ale my cały czas byliśmy i jesteśmy. Najważniejsze jest to, żeby utrzymać się na rynku i to nam się udaje. Na nasze koncerty przychodzi publiczność od 12. do 75. roku życia. Mamy swoich odbiorców i swoje przeboje, które okazują się ponadczasowe. Na nasze koncerty potrafi przyjść kilkanaście tysięcy ludzi, którzy świetnie znają teksty i śpiewają razem z nami. To duża przyjemność.

Pozostaje mi tylko życzyć dalszych sukcesów. 

Chciałbym długo żyć i występować. Zobaczymy, ile lat grania da mi jeszcze Bóg. Na razie wszystko wskazuje na to, że z tego nie spasuję i wcale nie zamierzam zwalniać. Ale z drugiej strony mam do siebie duży dystans i nie chcę obciachu. Gdy zacznę słabnąć, nie wyjdę na scenę. Teraz jeszcze mam siłę.

Dziękuję za rozmowę.

ДИВІТЬСЯ ТАКОЖ